Koniec już nastąpił. To znaczy pod tym adresem nic już się nie ukaże. Nowe wpisy będą się pojawiać tu: peterlin.wordpress.com
Koniec?
Sierpień 16, 2010Dwa tytuły.
Listopad 12, 2009Od teraz wpisy będą krótsze (za to może częstsze) i traktować o tym, co tylko przyjdzie mi do głowy.
***
Pomyślałem właśnie o dwóch dziełach literatury perskiej, które nie tylko zawierają interesujące treści, ale i są jednymi z najfajniej zatytułowanych książek, o których słyszałem.
Pierwsza to średnioperski traktat religijny, broniący racji religii zoroastryjskiej, a napisany już na długo po podboju arabskim. Nosi tytuł Szkand-gimanik viczar czyli „Łamiący wątpliwości traktat„.
Druga książka to zbiór nauk wybitnego perskiego poety, Dżalaloddina Rumiego pisanych jednak prozą. Książka po persku, ale tytuł po arabsku: Fihi ma fihi czyli „Jest w niej to, co w niej jest„.
Ormiański. Pisownia i wymowa I.
Wrzesień 21, 2009Porządek naruszony, bo i o wymowie i o ortografii mówię jednocześnie.
Na początek głoski, których wymowa nie powinna stwarzać problemów:
Samogłoski:
Աա – a
Իի – i
ՈՒ ու – u
Էէ – e (występuje wyłącznie na początku wyrazu i w wyrazach złożonych)
Եե – je (na początku wyrazu i po samogłosce) lub e (po spółgłosce)
Օօ – o (występuje wyłącznie na początku wyrazu i w wyrazach złożonych)
Ոո - wo (na początku wyrazu) lub o (w środku wyrazu)
և – jew (na początku wyrazu) lub ew (w środku wyrazu)
Ըը - y (krótka, neutralna samogłoska, pośrednia między polskim y a e; w środku wyrazu przeważnie niezapisywana)
Spółgłoski nie budzące trudności
Բբ – b (w środku wyrazu czasem ph – patrz następne odcinki)
Դդ - d (w środku wyrazu czasem th – patrz następne odcinki)
Գգ – g (w środku wyrazu czasem kh – patrz następne odcinki)
Ցց – c
Ձձ – dz (w środku wyrazu czasem c)
Չչ – cz
Ջջ – dż (w środku wyrazu czasem cz)
Ֆֆ – f
Վվ – w
Սս – s
Զզ – z
Շշ – sz
Ժժ – ż
Խխ – ch (bardziej chrapliwe niż w polskim)
Հհ – h (jak angielskie bądź niemieckie h)
Մմ - m
Նն – n
Յյ – j
Języki khoisan
Sierpień 24, 2009Języki khoisan (lub khoesan, przestarzała nazwa to „buszmeno-hotentockie”) to termin używany w odniesieniu do około 30 języków używanych (albo używanych do niedawna – wiele z nich jest na skraju wymarcia) w RPA (szczątkowo), Namibii, Botswanie i Angoli (głównie, ale nie wyłącznie w niecce Kalahari) i Tanzanii (języki Hadza i Sandawe).Charakterystyczne dla tych języków jest bogactwo mlasków, występowanie tonów i ubóstwo fleksji (odmiany wyrazów). W klasyfikacji Greenberga stanowiącej do dziś wygodny punkt odniesienia dla prób uporządkowania afrykańskiej różnorodności językowej, traktowane były jako rodzina językowa (czyli postulowano, że wszystkie pochodzą od wspólnego przodka). Obecnie jednak większość badaczy uważa, że w rzeczywistości khoisan to zbiór niespokrewnionych z sobą grup językowych, których wzajemne podobieństwo bądź wynikło z przypadku, bądź też jest efektem długotrwałego sąsiedztwa.
Słowo o nazwie: Zamieszkujące południową Afrykę społeczności używające języków khoisan, antropologicznie i kulturowo bardzo odbiegające od sąsiadujących ludów Bantu, nazywane były przez Europejczyków Hotentotami (pasterze Khoi) i Buszmenami (myśliwi/zbieracze San). Stąd też i języki określane były jako buszmeno-hotentockie. Ponieważ terminy Hotentot („jąkała”) i Buszmen („dzikus”) uznawane były za pogardliwe, w latach ’60 i ’70-tych zastąpiono je odpowiednio określeniami Khoi i San wziętymi z języka Nama (= Khoekhoegowab = Khoekhoe). Problem polega na tym, że o ile nazwa Khoi (o znaczeniu „ludzie”) nie budzi kontrowersji, o tyle słowo San (=”obcy”) nie jest używane przez samych zainteresowanych, którzy często wolą określać się jako Buszmeni.
Uwagi o buszmeno-hotentockich nie dotyczą oczywiście tanzańskich języków Hadza i Sandawe, które nigdy nie były tak określane. Określa się je jako khoisan po prostu z braku lepszego pomysłu – oba bardzo odbiegają od wszystkich pozostałych języków Tanzanii i mają mlaski. Uważa się, że w przeszłości, przed wielką ekspansją ludów Bantu, cały obszar Afryki południowej i wschodniej zamieszkały był przez społeczności mówiące językami „w tym typie”. Hadza i Sandawe wydają się więc swego rodzaju ostańcami w morzu języków Bantu. Warto tu dodać, że nie ma dowodów ani podstaw nawet do tego, by uznać je za spokrewnione z sobą nawzajem! Hadza używa około 800 osób, zaś Sandawe jest językiem stosunkowo dużym – 40 tys. mówiących.
Wróćmy na południe. Największym językiem khoisan jest ten, który dał całej grupie nazwę – wspomniany wyżej język Nama. W Namibii włada nim około 250 tys. osób z trzech różnych grup etnicznych: Nama (jedyny lud Khoi który używa języka khoisan – pozostałe, czyli np. Griqua, tzw. Basters i Cape Koloureds, przeszły na afrikaans!), Damara i Hai‼om (wykrzykniki i inne dziwne znaki tu i niżej to zapisy poszczególnych mlasków). Hai‼om (ludność San) do niedawna używali innego języka (z rodziny Ju). Nama wchodzi w skład rodziny (tu pokrewieństwo jest pewne) Khoe, którą razem z nim tworzą: Korana, Xiri (po kilkunastu/kilkudziesięciu użytkowników) i dalej spokrewnione: Shua, Tsoa, Kxoe, Naro i G‼ana-G!wi (po kilka tys. użytkowników; w części tych języków zanikają mlaski).
Inną rodziną jest Tuu (od słowa znaczącego „człowiek” inna nazwa rodziny to Kwi) w której skład wchodzą !Xóõ (4200 mówiących, Botswana) i N!u (kilku użytkowników, RPA). W przeszłości, na terenie RPA było używanych wiele innych języków rodziny Tuu. Dewiza tego kraju („!ke e: ǀxarra ǁke” – jedność w różnorodności”) pochodzi z jednego z tych wymarłych języków – !Xam. Języki Tuu (obok języków Ju, o których niżej) są często wymieniane jako swego rodzaju rekordziści – języki o największej na świecie liczbie fonemów (głosek).
Ju (= !Kung) to rodzina języków pod względem budowy dość podobnych do Tuu, nie jest jednak jasne czy podobieństwo to wynika z pokrewieństwa, czy z długich kontaktów. W skład rodziny wchodzi wiele bliskich sobie dialektów (najbardziej znane: !’O!Kung, Jul’hoan, Tsumkwe, Okongo) używanych na terenie Angoli, Namibii i Botswany. Łącznie mówi nimi około 45 tys. osób. Przynależność do niej języka ≠Hùã jest dyskusyjna.
Na mojej stronie wkrótce (albo i nie) znajdą się mini-rozmówki Nama oraz szkic fonetyki Jul’hoan.
Ormiański. Początek.
Sierpień 21, 2009W polskojęzycznym Internecie brak jest – tak sądzę – informacji o języku ormiańskim (a raczej językach ormiańskich – patrz niżej). Nie jest to może luka szczególnie widoczna, ale mnie wadzi. A skoro wadzi, i skoro sam ormiańskiego się uczę, to dlaczego miałbym nie podjąć próby zmiany zastanego stanu rzeczy?
Początek tej próby jest tu właśnie, w tym wpisie. Czy będzie ciąg dalszy? Zobaczymy, zbyt wielkich nadziei nie robiąc. Do rzeczy.
Współcześnie mamy do czynienia z dwoma językami ormiańskimi, dzielącymi wspólną historię, ale jednocześnie znacznie różniącymi się na każdym poziomie (fonetyka, gramatyka, słownictwo). Więcej o tych różnicach kiedy indziej. Zachodnioormiański był tradycyjnie używany przez ormiańską społeczność Turcji, a po jej zagładzie i exodusie jest językiem diaspory ormiańskiej w USA, Francji, Libanie, Syrii i wielu innych krajach. Dialektami bliskimi zachodnioormiańskiemu mówi się też w północno-zachodniej Armenii (okolice Giumri) Drugi z języków ormiańskich – wschodnioormiański – jest językiem urzędowym Republiki Armenii, a używa go też diaspora ormiańska w Iranie, Indiach, Rosji i innych republikach poradzieckich oraz osoby, które w ostatnim dwudziestoleciu z tych miejsc wyemigrowały na Zachód. W tym momencie szczególnie interesuje nas fakt, że to wschodnioormiańskiego się uczę, i to o wschodnioormiańskim zamierzam tu pisać.
Zacznę od stopniowego zapoznawania z alfabetem i wymową, potem przyjdzie czas na równolegle wprowadzanie teorii (gramatyki) i praktyki (rozmówek). Materiały z bloga, po sklejeniu i uładzeniu będą umieszczone na mojej stronie internetowej, na której znajdzie się też mały słowniczek.
Tyle na teraz. Proszę o uwagi i komentarze, choć bogaty dotychczasowym doświadczeniem, wcale się ich nie spodziewam.
Krowocentryzm
Sierpień 10, 2009W życiu wielu społeczności afrykańskich, tradycyjnie parających się pasterstwem, bydło odgrywa rolę tak wielką, że aż trudno to sobie wyobrazić. Krowy są źródłem pożywienia i opału, dostarczają siły pociągowej są właściwie jedyną lokatą kapitału, z ich rogów, skór i ogonów wytwarza się wiele przedmiotów codziennego użytku itd. Słowem bez nich ludzie nie mogą przetrwać. Świadomość tego stanu rzeczy, współuzależnienia pomiędzy krową a człowiekiem, powoduje, że w kulturze ludów pasterskich bydło zajmuje miejsce centralne.
A skoro w kulturze, to i w języku. Na moich stronach internetowych można znaleźć parę słów o ‘krowocentrycznej’ frazeologii w języku xhosa, a zupełnie niedawno umieściłem na nich również bardziej rozbudowany opis tego jak nasycony odniesieniami do krów jest język kinyarwanda. Naprawdę warto przeczytać.
Rwanda, Burundi a zwłaszcza nieodległe od nich obszary pogranicza etiopsko-sudańsko-kenijsko-ugandyjskiego to tereny, gdzie krowocentryczny styl życia trwa w najlepsze.
Misja ONZ napisała o Rwandzie tuż po u/od/zyskaniu niepodległości
Wyższość człowieka nad krową nie została tu jeszcze całkowicie uznana.
W odniesieniu do Rwandy stwierdzenie to się chyba zdezaktualizowało, ale wspomniane wyżej czwórpogranicze to trochę inna historia. Dwa cytaty odgrzebane dziś w notatkach z wizyty w Królewskim Muzeum Afryki Środkowej w Tervuren pod Brukselą (oba dotyczą kultur doliny Omo):
A characteristic of the East African herding people is that cattle not only represent social status and wealth but are also central to their economy and philosophy. In this system, which is called the ‘cattle complex’, the people cannot imagine a life without livestock, which is consequently present everywhere, both in rituals and in everyday life. It is an esential basis for food and a source of material culture.
Cattle are marked by branding symbols into the skin or making cuts in the ears. These ‘markings’ are strictly clan-related and reflect the family to which the owner belongs. Some bulls are used for reproduction, all other male cattle are castrated. Every man has a special relationship to a single ox, his name ox or favourite ox, which he received as a boy, when the animal was a calf. They grow up together and a special bond develops between them. The boy derives his name from the patterns on the animal’s hide and over time will ‘sculpt’ its horns with stone hammers and leather straps until they have the desired shape and design. The young bull is castrated and the young man composes songs in praise of the beauty and the strength of his favourite ox, to be sung during dances and rituals. The name ox is a type of alter ego for its master.
I jeszcze anegdota. Podobno holenderscy pracownicy jakiegoś NGO działającego w północnej Kenii byli przez miejscowych pasterzy nagabywani o przywiezienie z urlopu w Holandii zdjęć holenderskich krów, bo Kenijczycy wiele o nich dobrego słyszeli i chcieliby zobaczyć.
Biorąc pod uwagę powyżej nakreślone realia oraz postępującą nieubłaganie informatyzację Afryki zamierzam otworzyć pionierskie portale społecznościowe zorientowane na tamtejszy rynek. Nazwy robocze: Cowtube i Herdbook. Użytkownicy wymienialiby się filmikami i zdjęciami krów i prowadzili genealogię stada.
Jedi Mind Tricks
Sierpień 2, 2009W ramach podrzucania linków do muzyki, która mi się spodoba, Jedi Mind Tricks i „Uncommon Valor (a Vietnam Story)”. I muzycznie i tekstowo odbiega to bardzo (i wcale nie in minus) od tego, co z amerykańskiego hip-hopu pokazywała MTV (w tych zamierzchłych czasach, kiedy była tam jeszcze jakaś muzyka).
Tekst wydaje się sugerować, że termin „military conflict” (i nasz „konflikt zbrojny” może też) został wymyślony w dobie Wietnamu jako eufemizm pozwalający nie nazywać wojny wojną. Wie ktoś, czy tak faktycznie było?
Kolor granatu
Sierpień 2, 2009Wspomnienia z wyjazdu do Armenii są w poprzedniej notce, tu o dziele artystycznym z Armenią związanym i z Armenii przywiezionym. W erewańskim Muzeum Paradżanowa (warto!) nabyliśmy kilka filmów tego giganta ormiańskiego kina, w tym i tytułowy „Kolor granatu” (vel „Sayat-Nova”).
„Kolor granatu” wywarł na mnie niezwykle silne wrażenie kiedy przed 10 (chyba) laty widziałem go po raz pierwszy. Bałem się trochę drugiego podejścia, bo w takich sytuacjach łatwo o rozczarowanie – coś, co wydawało się arcydziełem na drugi rzut oka nuży, i tracisz pewność, że kiedyś w życiu widziałeś coś wartościowego. „Kolor granatu” się na szczęście obronił, choć (a może „dlatego że”) znów, jak i przed laty, nie zrozumiałem z niego nic.
Udam teraz kogoś obeznanego z teorią filmu i powiem, że język kina, zarówno popularnego jak i artystycznego, bazuje na rozwiązaniach formalnych wypracowanych dawno temu przez Griffitha i Eisensteina, a Paradżanow jest jednym z nielicznych twórców, którzy mówią językiem własnym, z innymi nie dzielonym. Inaczej mówiąc, „Kolor granatu” dzieli od innych filmów coś podobnego jakościowo do różnicy między poezją a prozą.
Schodząc na ziemię, bardziej konkretnie o tym co takiego jest w „Kolorze granatu”: po pierwsze fabuły nie ma (jest sekwencja obrazów-symboli odnoszących się jakoś do historii życia Sayat-Novy – wybitnego ormiańskiego poety, ale też i do, bo ja wiem, ormiańskiej narodowej psyche), nie ma też dialogów (są plansze z fragmentami wierszy, są też recytacje zza kadru); po drugie, nie ma ruchu kamery (jedyny ruch to ruch obiektów/ludzi jakby wewnątrz obrazu; zmiany punktu widzenia realizowane wyłącznie cięciami); po trzecie, kadry są często komponowane wielopłaszczyznowo (1,2,3… plan), a każda płaszczyzna porusza się niezależnie – przypomina mi to książeczki dla dzieci z rozkładanymi trójwymiarowymi konstrukcjami, gdzie były takie paseczki po bokach i np. lewy ruszał Wilka a prawy Czerwonego Kapturka.
W skrócie – arcydzieło, trzeba zobaczyć!
Notki z Armenii
Sierpień 2, 2009Jakiś -niedawny- czas temu pojechałem do Armenii, żeby wziąć udział w konferencji naukowej organizowanej przez tamtejszych orientalistów. Poniżej plon wyjazdu – nieuporządkowane jeszcze spostrzeżenia i rozbawienia. Wpis jest rozwojowy – tj. będę pewnie coś doń dodawał.
Konferencja po kaukasku.
Jak się okazuje, światowy kryzys nie oszczędza ludzi nauki, skutkując bezlitosnymi cięciami funduszy na wyjazdy w ciekawe miejsca. W efekcie około 1/3 zaproszonych prelegentów do Caghkadzor (fajna nazwa, nie?) nie dotarło, co wywróciło program konferencji na nice. Organizatorzy nieormiańscy w obliczu takiej sytuacji doznaliby niechybnie nerwowej zapaści. Ormianie za to… cóż, pogoda ducha sekretarza komitetu organizacyjnego zawsze kojarzyła mi się z następującym dialogiem z Saroyana: „- Wujku, a pożyczysz mi samochód? – A ty w ogóle umiesz prowadzić? – Nie wiem, jeszcze nigdy nie próbowałem.” I w efekcie wszystko się – mniej więcej – udało, pominąwszy drobiazgi w rodzaju tego, że konferencja trwała efektywnie 2 dni zamiast 3, a w powstałym chaosie niżej podpisany własnego wystąpienia wygłosić nie zdołał (czyli w sumie bardzo dobrze).
Trudy pracy naukowca.
Wspomniany wyżej sekretarz orgkomitetu po nocach jednak nie sypiał. Rankiem pierwszego dnia przywitał się ze mną, zapytał o zdrowie, mój referat i ogólny stan polskiej iranistyki, po czym odwrócił na moment, by z dużą wprawą dokonać czynności, którą w kręgach nienaukowych nazywa się „puszczaniem bełta”. Potrzeba ulżenia żołądkowi przerwała rozmowę tylko na chwilę. Wątku nie stracił, przerwaną wypowiedź dokończył, dodawszy tylko „przepraszam, piliśmy do czwartej”. I takie właśnie umiejętności stanowią podstawę naukowego warsztatu!
Nauka bardzo ormiańska
Merytorycznie też było świetnie, zwłaszcza gdy ormiańscy profesorowie starali się udowodnić, że po pierwsze państwo Azerbejdżan używa swej nazwy uzurpatorsko, bo przynależy ona wyłącznie obszarom na południe od granicznej rzeki Araks (czyli tzw. Azerbejdżanowi irańskiemu), i, po drugie, w żadnym z obydwu Azerbejdżanów praktycznie nie ma ludności pokrewnej Turkom. Naród tytularny (= Azerbejdżanie) to w istocie tacy sami Irańczycy jak inni, tyle że mówiący językiem z grupy tureckiej. Rozumowanie to poniekąd słuszne, bo żadnych rzezi ani masowych przesiedleń tam nie było, po prostu wcześniejsza, irańska ludność przejęła język tureckich przybyszów. Podobny argument zresztą dotyczy także Turcji, której gros ludności stanowią potomkowie nie tyle dawnych Turków, ile sturczonej ludności miejscowej (Greków, Ormian, Kurdów, Bóg wie kogo jeszcze). Problem w tym, że dziś mieszkańcy obu krajów (pomińmy mniejszości narodowe) jednoznacznie przyjmują za swoje tureckie dziedzictwo, uważając się za 100% Turków i w tej sytuacji upieranie się że „historycznie to oni Turkami nie są” jest ekstrawaganckie, by nie powiedzieć absurdalne.
Na marginesie – nie pojechałby ktoś do Tabrizu z kamerą nakręcić reportaż śledczy pt. „W poszukiwaniu Turków”? Reakcje miejscowych na pytanie „Podobno gdzieś tu mogą żyć jeszcze jacyś Turcy, czy moglibyście nam pomóc ich znaleźć?” powinny być bezcenne.
Co z tym rosyjskim?
Zaskoczeniem w trakcie poruszania się po Armenii była słaba, bardzo słaba nawet, obecność rosyjskiego. Nazwy ulic, napisy informacyjne itp. występowały w dwu wariantach: albo wyłącznie po ormiańsku, albo po ormiańsku w towarzystwie łacinki. Cyrylicy prawie nigdzie. Ze znajomością rosyjskiego też różnie. Dogadać się na podstawowym poziomie można praktycznie z każdym, ale zdarzało się też, że ludzie wychowani jeszcze w ZSRR zacinali się i szukali wcale nieskomplikowanych słów, albo masakrowali gramatykę. Szczyt wirtuozerii osiągnęła pani w hotelu w Wanadzor (cennik tylko po ormiańsku i angielsku!), zaczynająca każde zdanie od „Давай” i komponująca takie perełki jak „Давай книга здесь положи!”.
cdn.
Potrzebujesz phatwy?
Maj 4, 2009Lubię słuchać hip-hopu w różnych językach. Teksty dość łatwo zrozumieć, tj. łatwo wychwycić poszczególne słowa i załapać „melodię” języka. Dodatkowo, ze względu na to, że bardzo łatwo go tworzyć (wystarczysz ty i twój komputer, a do rocka musisz zebrać zestaw kumpli grających na czymś), jest wszędobylski. Rapują więc wszyscy od Grenlandczyków po Zulusów.
Pełen przekrój jest też pod względem talentów lirycznych – dominuje oczywiście grafomania, pozowanie na gangsterkę i rozczulający nacjonalizm (jakoś w hip-hopie znalazłem go więcej niż w innej muzyce, ale może źle szukałem). Jak wiadomo, głupota obcojęzyczna mniej razi i bardziej bawi niż rodzima.
Od czasu do czasu trzeba jednak zrównoważyć przypadkowe znaleziska i ciekawostki czymś, co podoba mi się obiektywnie, a nie ze względu na walory humorystyczne. Takie perełki trafiają się rzadko i o nich będę tu opowiadał.
Ostatnim takim odkryciem jest Narcycyst, kanadyjski raper irackiego pochodzenia. Linkuję tu kapitalny klip do tytułowej PHATWY opowiadający o losach Bogu ducha winnego Araba zatrzymanego do wyjaśnienia na lotnisku. Całość aż skrzy humorem, zarówno w tekście jak i … mmm… didaskaliach. Żeby nie psując zabawy, dać niejakie pojęcie, przytoczę tylko dwa pierwsze przykłady: – przez megafon słychać zapowiedź „lotu nr 9/11 do Nowego Jorku”; – na tablicy orientacyjnej jest drogowskaz do „Gitmo Shuttle”.
Do posłuchania na deser tegoż artysty „The Real Arab Money” – odpowiedź na utwór „Arab Money” Busta’y Rhymesa. „It ain’t Ay-rab, honey, it’s called ARAB money”